czwartek, 14 stycznia 2016

TOM II ROZDZIAŁ 34

ALEX

Gdy znaleźliśmy się w salonie ujrzałem mojego brata wtulonego w Siva na kanapie. Gdy ta dwójka nas zauważyła zrobiła zdziwione miny. Ja za to opadłem na mięciutki czarny fotel koło regału z książkami. 

-Uriel... -wyjęczałem i popatrzyłem błaganie na brat. Ten podniósł jedną brew w górę -Przynieś mi bandaż..

-Poproś Luke'a -odparł  uśmiechem i opadł na kolana niebieskowłosego. Spojrzałem na Evry'ego siedzącego na drugim fotelu i wracającego powoli do życia oraz na patrzącego na mnie bruneta. 

-Lu... 

Spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami. 

-A "proszę" to gdzie? - spytał, ale i tak poszedł po apteczkę. Wrócił chwilę później i wręczył mi pudełko. Majstrowałem chwilę przy ściąganiu swoich spodni, ale i tak podrażniłem ranę, która zaczęła mocniej krwawić. Wziąłem czysty bandaż i już chciałem owinąć ranę, gdy usłyszałem niedowierzający głos Luke'a -A odkażenie rany?! Jeśli tego nie zrobisz może się wdać zakażenie...

-Ja się wykrwawiam, a tobie w głowie jakieś głupie zakażenie? -zapytałem i po chwili chłopak wyrwał mi bandaż przy okazji waląc w tył głowy ręką.

-Najpierw trzeba to odkazić. Nie dość, że przez zakażenie nawet tobie rana nie zagoi się, to na dodatek jeśli by się zagoiła, w co wątpię, miałbyś okropną bliznę - kucnął przy mnie i zagryzł wargę widząc ranę. -Będzie bolało kochanie. 

Pocałował mnie bym nie zwrócił uwagi, gdy polał czymś ranę, która zaczęła cholernie piec i boleć. Oderwałem się od jego ust jak oparzony.

-Co to krwde jest?! -wcisnąłem się w oparcie by być jak najdalej od buteleczki, która jeszcze raz zbliżyła się do rany. Czułem się jak dzikie zwierze w klatce, w tym momencie.

-Nie zachowuj się jak dziecko - mruknął chłopak przybliżając się.  -Alex.

Brązowooki złapał mnie za ręce i przyciskając je do fotela, polał drugi raz tym diabelskim płynem ranę. Następnie oczyścił ją gazą i zabandażował.

-Umieram...Ognie piekielne mnie pochłaniają... -jęczałem zniżając się ostrożnie na fotelu. Po prau minutach mojego monologu odezwał się Uriel.

-Jeśli chce ktoś by się zamknął radze dać mu nutelle -spojrzałem na niego zaciekawiony na chwile przerywając. Białowłosy na zdziwione spojrzenie Luke'a odpowiedział ze śmiechem -Gdy Alex jest obrażony, zły czy naburmuszony uwielbia słodycze, a w szczególności wszystko co ma w sobie czekoladę.

-Hm dobrze wiedzieć... Zaraz wracam - powiedział zamyślony Lu.

Zniknął i wrócił po jakiś 5 minutach. W rękach trzymał dość duże pudło. Spojrzał na mnie z uśmiechem.

-Ty nauczysz mnie walczyć i będziesz mnie mógł truć swoimi księgami, a ja w zamian dam ci to - powiedział.

-Co to?-spojrzałem zaciekawiony.

-Zapłata pierwsza za naukę, masz. -wziąłem pudełko i z ciekawością rozpakowałem. W środku była mała czekoladowa fontanna.

-Czy ja umarłem? -wymamrotałem włączając urządzenie leżące na stoliku koło mnie.

Lukey parsknął śmiechem. 

-To co, liczę na przyjemną naukę... Jeśli w ogóle taka istnieje -zignorowałem go ciesząc się jak dziecko nową zabawką. Zniknąłem na chwilkę by wrócić z miską pełną soczyście czerwonych truskawek. Zacząłem się zajadać z wielkim uśmiechem na ustach. 
Nie widziałem rozbawionych spojrzeń rzucanych w moją stronę. I nawet Lu siedzący na podłokietniku z drugiej strony nie zdołał przyciągnąć za bardzo mojej uwagi.

-Hm ciekawe jak zareaguje na wieść o tym że wkład jest mały i za nie długo ta czekolada zniknie... Tylko ja mam zapas wkładów -powiedział Luke. Odwróciłem się do niego z miną jakby mi oznajmił, że jednorożce nie istnieją. 

-To jest granie na moich kruchych emocjach... -powiedziałem i na końcu ziewnąłem.

-Za każdy trening dostaniesz wkład piętnastominutowy. Powinno ci wystarczyć na całą np. miskę truskawek.

-Pfff -fuknąłem opierając się o jego bok -A ja byłem ostatnio taki miły...

-Nie mogę Ci za dużo dawać, bo jeszcze przytyjesz i jak ty będziesz wyglądał?

-Teraz to jesteś zwyczajnie wredny. Zobaczysz będziesz coś chciał od biednego Alexia... -odparłem i z lekkim zachwianiem wstałem. Oparłem na próbę ciężar ciała o zabandażowaną nogę i syknąłem czując przeszywający ból -Piąta rano przed domem. A teraz wybaczcie idę się lenić z dala od niemiłych komentarzy pewnego bruneta...

-Mówiłem, że nie jestem miły!- krzyknął uśmiechając się. Obróciłem się lekko w jego stronę ze złośliwym uśmiechem.

-A ja mówiłem, że jesteś słodki -odparłem i zacząłem spokojnie kuśtykać. Byłem już przy wyjściu z salonu, gdy usłyszałem rozbawiony głos Uriela.

-Lu cię chyba skrzywdzi jak będziecie sami...

-Niech tylko da mi się wyspać -powiedziałem i wszedłem do sypialni. By chwilę później już w samych bokserkach wślizgnąłem się pod kołdrę i z zadowoleniem się rozciągnąłem na całej jego wielkości.
*
Wybiła piąta rano. Wstałem z lekkim oporem i poszedłem wziąć szybki, zimny prysznic na rozbudzenie. Noga już w miarę była wyleczona, ale nadal bolała. 
Wychodząc spod prysznica spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Niegdyś moje białe końcówki włosów miały teraz kolor złota i czerwieni. Lukey.
W moich oczach pojawiły się błyski szkarłatu. Szybkim krokiem wróciłem do pokoju gdzie założyłem bojówki i z wciąż wilgotnymi włosami ruszyłem przed dom. Chłodne poranne powietrze owiało mnie na przywitanie, gdy prawie warknąłem na widok wyraźnie zadowolonego z siebie, zaspanego Luke'a.

-Do twarzy ci w tych kolorkach - powiedział. -Sam twierdziłeś, że czerwony i złoty do siebie pasują. W końcu to kolory domu Gryffonów.

-Zabiję -syknąłem zbliżając się do niego.  

-Bez przesady. Nie trudź się. Wystarczy mi dać buziaka i powiedzieć "dzień dobry, co tam słychać w ten piękny poranek".

-Nie licz na to -powiedziałem  i ruszyłem biegiem przed siebie -Ruchy!

-Czyli nóżka wyzdrowiała?- wyrównał ze mną.

-Powiedzmy. Nie do końca. 

Chłopak nie odezwał już się więcej. Trzymałem dość szybkie tempo przez co przy końcu trasy, którą wybrałem Luke był już zmęczony.

-Długo jeszcze?- sapnął chłopak.

-Nie, jakieś dwa kilometry -odparłem nie zwalniając. 

-Yhhh... Dwa? Ale przebiegliśmy już jakieś piętnaście... - spojrzał na mnie brązowooki. -I z powrotem mamy też biec??

-A co myślałeś? -zapytałem patrząc z zaciekawieniem na chłopaka -I nie przesadzaj to jest krótsza trasa od tej co biegam zazwyczaj. 

Lukey jęknął. Przez resztę biegu zostawał już trochę w tyle. Gdy wreszcie wróciliśmy do domu ruszyłem do kuchni gdzie siedzieli przy śniadaniu już wszyscy. Ruszyłem do lodówki i wziąłem butelkę wody.

-Twoje włosy... -usłyszałem zdziwiony głos Siva. Odwróciłem się z mordem w oczach.

-Jeszcze jedno słowo -powiedziałem groźnym tonem i zwróciłem się do ledwo stojącego Luke'a -Za pięć minut na sali...

-CO?! Ja nie chcę... -jęczał prawie leżąc na stole.

-Oh twoje zdanie się aktualnie nie liczy KOCHANIE -odparłem z wrednym uśmiechem.

Spojrzał na mnie obrażony i wziął nową butelkę wody. Poszedł do salonu gdzie położył się na kanapie.

-Pięć minut! -przypomniałem i zniknąłem w korytarzu.

Całe przedpołudnie minęło mi na wyżymaniu z Luke'a wszystkiego. Od szermierki, przez rzucanie sztyletami z zawiązanymi oczami, do walki wręcz. Chłopak nie szczędził marudzenia i złorzeczeń w moim kierunku i gdy tylko usłyszał, że ma wolne prawie wybiegł z sali, jakby się obawiał, że zmienię zdanie. Ja za to ignorując głód ruszyłem na dach gdzie spędziłem prawie godzinę w basenie. Potem ruszyłem do kuchni. W salonie widziałem prawie śpiącego Lu, grającą Sophie oraz mojego brata i Siva. Po zrobieniu sobie kawy i talerza pełnego kanapek ruszyłem w ich kierunku z uśmiechem błąkającym się na ustach. Usiadłem tak, że Lukey miał głowę na moich kolanach.

-Alex jesteś czarodziejem -oznajmił mi wyszczerzony Siv. Posłałem mu pytające spojrzenie przeżuwając kanapkę -Sprawiłeś, że mój brat jest cicho...

-Uriel? Umiesz uciszyć mego KOCHANEGO brata?- spytał słabo Lu, wtulając się w mój brzuch. -Alexxxxx...Podajjj kocykkk...

-A ja to poduszka? -zakpiłem i podziękowałem Sophie, która rzuciła we mnie białym kocykiem w granatowe gwiazdy. Okryłem nim Luke'a i spojrzałem jak chłopak zwija się w kłębek -Ale wiesz, że wieczorem idziemy biegać?

Chłopak otworzył szeroko oczy.

-TY CHYBA ŻARTUJESZ?!

-Nie. Po pierwsze chciałeś trening. Po drugie moje włosy. Po trzecie dzisiejszy dzień to nic -wytłumaczyłem patrząc na rozszerzone, brązowe oczy. 

Chłopak zaczął rzucać zaklęcia pod nosem (czytaj: mówił przekleństwa na Alexa).  Mocno złapał moje nogi i przytulił się do nich. Zwinął się w kulkę i zamknął oczy. Zacząłem się bawić jego kosmykami włosów. Lu zaczął nucić melodię The Neighbourhood - Afraid.

-Lu...Puszczaj. Chcę moją kawę -mruknąłem po chwili.

-Nie e... - jęknął. -Puszcze jeśli mi zrobisz kawkę karmelową.

-Marzysz słońce -mruknąłem i spojrzałem na Uriela, który przyglądał nam się z uśmiechem na ustach -Urielkuuu podajjj mi kawe.

Białowłosy westchnął, ale po chwili podał mi wspomniany trunek. Z lekkim uśmiechem podniosłem kubek do ust, gdy zauważyłem spojrzenie Luke'a.

-Co?

-Chce kawę -mruknął siadając i wyciągając ręce po mój kubeczek. Odsunąłem go po za zasięg jego rąk i spojrzałem z niedowierzaniem na niego. -Nie kochasz mnie...

Brązowooki wstał i utykając na zranioną przeze mnie kostkę ruszył do sypialni. Spojrzałem zdezorientowany na Uriela i Siv'a. 

-Kawy karmelowej mu się nie odmawia... - powiedział brat brązowookiego. -Idę mu ją zrobić, bo się jeszcze popłacze i zamknie w pokoju.

Granatowowłosy poszedł do kuchni, a z nim mój klon. 

-Czemu Alexiu masz czerwono-złote końcówki włosków?- spytała Sophie siadając mi na kolanach.

-Bo ktoś stwierdził, że będzie mi w nich ładniej.

-Nie pasują ci -powiedziała z dziecięcą szczerością.

-Masz rację. Może pójdziemy do fryzjera i wybierzesz pasujący mi kolor? -brunetka wyglądała na zamyśloną. Wreszcie entuzjastycznie pokiwała głową.

*

Stałem przed sypialnią. Podobno Lu nie wyszedł z niej przez te dwie godziny nie obecności mojej i Sophie. Przeczesałem palcami swoje czarno-granatowe włosy i wszedłem do środka. Lu nie było w pokoju. Sprawdziłem łazienkę i znalazłem tam kartkę przyklejoną do lustra. 
"Spóźniłeś się. Poszedłem sam biegać. Siedemnaście kilometrów samo się nie zrobi." Uśmiechnąłem się i stwierdziłem, że mam ochotę na sparing. Niestety nikt z domowników nie chciał się ruszyć, więc wezwałem Evry'ego, który po chwili namowy zgodził się.

*

-A gdzie Lukey?- spytał demon robiąc unik.

-Poszedł biegać.

-Nie ma dość?

-Ma, ale chciał mi dopiec i poszedł sam biegać. Jestem ciekawy co jutro będzie mówił.

-Aż tak bardzo chcesz go zajechać? Nie zapominaj że on nie jest demonem, a tylko bogiem. Może mieć moje moce, ale one nie dają mu siły, wytrzymałości takiej jak my mamy.

Zrobiłem krok w tył unikając kopniaka w brzuch i spróbowałem podciąć mu nogi. Nie wyszło.

-Z bólem serca muszę ci chyba przyznać rację -mruknąłem markując cios w głowę demona, który nie dał się nabrać i sam zaatakował posyłając mnie na ziemię. 

Podciąłem mu tym razem nogi i upadł plecami do podłogi.  Szybko wstałem.

-Wróciłem!!!- usłyszałem krzyk Luke'a. -Witam!- wpadł do sali. -Evry wstawaj nie musisz aż tak bardzo pokazywać, że jestem lepszy. Twoja czekolada Alex.

W moim kierunku zostało rzucone małe pudełko, w którym był wkład do fontanny i  mała nutella.

-A i za te włosy biorę cię w sobotę do firmy kumpla. Myślę, że ci się tam spodoba - uśmiechnął się.

-Skąd masz taki dobry humor?- spytał Evry.

-Nauczyłem się czegoś - Luke puścił nam oczko i wyszedł.

-Może nie jest demonem, ale według mnie da sobie radę z większością z nich -mruknąłem i podałem rękę wciąż leżącemu Evry'emu. To był mój błąd demon pociągnął mnie w dół i wyciągnął sztylet, którym przeciął mi skórę na piersi.

-Wygrałem -powiedział zadowolony. Ja za to zepchnąłem go z siebie i popatrzyłem na długie przecięcie, które już zaczęło krwawić.

-Dupek. Jeśli zostanie blizna to strzeż się -powiedziałem i wyszedłem, a demon chichocząc ruszył za mną.

W salonie na kanapie leżał rozwalony Lu z szkicownikiem i ołówkiem. Podszedłem do niego. Szkicował pierwszy trening z Evrym i mną. Był to moment gdy pioruny biegły po ziemi w naszą stronę. 

-Słodko -mruknąłem całując go w czubek głowy.

-Nie tak jak ten moment w którym oberwaliście ostrzami ze szkła - powiedział wysyłając mi uśmiech.

-Masz sadystyczne skłonności? -zapytałem z uśmiechem biorąc mokry ręcznik od Evry'ego i ścierając krew. Nagle wpadła mi do głowy pewna myśl -Jak jest u ciebie z giętkością?

-Co...? -spojrzał na mnie.

-Jak jest u ciebie z giętkością?- spytałem ponownie.

-No chyba dobrze skoro jeszcze się nie połamałem robiąc uniki przed twoimi ciosami.

-Zabawimy się jutro w napad na bank -oznajmiłem rzucając ręcznikiem w demona, który sięgał do mojej biblioteczki -Łapy precz!

-Ale...

-Evry zostaw te cenne księgi!- krzyknął Lukey co mnie zdziwiło. -No co? Przejrzałem je i są cenne...

-Kiedy ty czytałeś MOJE KSIĘGI?! -zapytałem podkreślając ostatnie słowa -I wiadomo, że są cenne skoro są jednymi z ostatnich woliumów jakie istnieją.

-Wyjaśnij na czym będzie polegać "zabawa w napad na bank" - powiedział brązowooki.

Odłożył szkicownik i wstał wyczekując ode mnie wyjaśnienia.

-Co ty filmów nie oglądałeś? Będziesz się wyginał między śmiercionośnymi laserami.

-Skąd ty wytrzaśniesz takie lasery? I co my będziemy robić?- spytał Evry opierając się o Luke.

-Ja będę się wgapiał w jego zgrabne ciało wyginające się w różnych kierunkach, a ty idź odwiedź kolegów w Podziemiu czy coś -odparłem zaczesując wpadające mi do oczu kosmyki do tyłu -A co do laserów to nie zaprzątaj sobie tym główki...

-Ten uśmiech zwiastuje kłopoty.

-Też mi się tak wydaje - odparł Lu.

-Przesadzacie -mruknąłem. Wziąłem koc leżący w miejscu gdzie siedział wcześniej Luke i owinąwszy się nim położyłem się na kanapie  i włączyłem telewizor. Otworzyłem również pudełko nutelli i zacząłem wyjadać jego zawartość.

-Idę spać - mruknął Luke. -Branoc!

Luke podszedł do mnie i dał mi buziaka w czoło. 

-Dobranoc - wysłał mi swój piękny uśmiech i zniknął za wyjściem z salonu.

-Nadal uważam, że Lu jest cholernie przystojny... Ale przez twoją głupotę związałeś go ze sobą kontraktem.

-Przez moją głupotę? Więc miałem pozwolić mu umrzeć? I nie zapominaj, że to ja jestem tym, który jeśli zdradzi ginie, więc Luke ma wolną rękę -odparłem ziewając.

-Luke nie jest kimś takim, by cię zdradzić. On cię kocha - skrzywił się na ostatnie zdanie. -Póki Lu tu nie ma mogę ci o tym powiedzieć. Obawiam się, że nie uda mi się zerwać tej umowy. Mamy czas do stycznia by o tym pomyśleć.

-Już to przemyślałem -odparłem i spojrzałem niego -Jestem z nim połączony, a według tego co było w rytuale nasze dusze się połączyły czy coś. Tylko ja mogę zastąpić duszę Luke'a. I zrobię to, a ty mu o tym nie powiesz. 

Czarnowłosy pokręcił głową.

-Nie mam zamiaru go okłamywać w tak ważnej sprawie. Wiesz jak kończą się kłamstwa, ukrywanie prawdy jest najczęściej powodem waszych kłótni. Nie, że mi na tym zależy, ale polubiłem tego brązowookiego Aniołka, więc powiem mu to jeśli ty mu nie powiesz.

-Ta cholera się nie zgodzi -wyjęczałem przecierając znużonym gestem twarz -Wiesz, że jego charakter jest w takich sytuacjach trudny w obejściu... 

-Dlatego cię kocha. Dopełniacie się. Dwa trudne charaktery - powiedział. -Jesteś Lexio, syn Hadesa i przyszły władca podziemia i nie umiesz przekonać jednej osoby? Słabo.

-Nie wiem czy mam się obrazić bo mnie obraziłeś czy być dumy, że mam takiego partnera -wymruczałem -I do twojej wiedzy nie mam zamiaru być władcą podziemia. Ojciec sobie wspaniale radzi.

-Nadejdzie taki dzień gdy Zeus i Hades zejdą z tronów i to wy wejdziecie na nie. Demony już to wyczuwają.

-To ty wyczuj, że to Urielek zastąpi ojca, a nie ja -odparłem dziecięcym tonem.

-Uriel nie jest tobą. To ty spędziłeś połowę życia w podziemiach i już stworzyłeś sobie władze nad demonami. Uriel jest przeciwieństwem ciebie.

-Uparłeś się czy co? -wystękałem patrząc w czarne oczy demona -Połowa demonów mnie nienawidzi i chce zabić, a druga tylko o tym marzy by magicznie zniknął z tego świata.

-Odpowiedz na pytanie dlaczego? A teraz idź do Lu bo ma koszmary. Ktoś znów grzebie mu w głowie.

-Skąd wiesz?- spytałem.

-Przez drzewko (tatuaż). To taki radar, gdy Lu ma dużą zmianę pulsu. No idź do niego!

Nie myśląc dłużej po prostu przeniosłem się sposobem Luke'a do sypialni, gdzie brunet rzucał się po łóżku.

-Wstawaj kochanie! -wrzasnąłem skacząc na łóżko i unieruchamiając chłopaka w miejscu. Gdy nie reagował na krzyki zacząłem lekko panikować. Wziąłem zamach i z całej siły spoliczkowałem go. Chłopak znieruchomiał, a o chwili otworzył złote oczy i z wrzaskiem strachu uderzył mnie i zrzucił z łóżka.

-AŁ! -uderzyłem głową w podłogę i zobaczyłem czarne plamy na suficie. 

-Zabije tego skurwiela!- warknął Lukey wstawiając i podając mi rękę. -Mam już go serdecznie dość... Pieprzony stary dziad, który miesza mi w głowie. I pokazuje mi nie prawdziwe wspomnienia... Oby...

-Będę miał siniaka -wyjęczałem przerywając tyradę bruneta. Po chwili podniosłem na niego wzrok i przełknąłem głośno ślinę -Em... Lukey gdzie zgubiłeś bokserki? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale jakby tu wpadł ktoś inny to...

-Gorąco mi było -odparł z niewinnym uśmiechem -Skąd wiedziałeś, że mam kłopoty?

-Evry. Prowadziliśmy wspaniałą pogawędkę, gdy kazał mi iść do ciebie.

-Ahaa... - mruknął chłopak i ubrał bokserki i dresowe spodnie. -Która jest godzina?

Spytał siadając na łóżku i przeczesując ręką włosy.

-Coś koło północy -mruknąłem siadając za nim i otaczając go rękami i nogami jak małpka. Zastanawiałem się jak powiedzieć chłopakowi, że ustaliłem z Evry'm, że to cząstka mojej duszy zostanie zabrana. Może jakąś metaforą?

-W sobotę biorę cię to fabryki czekolady... Dosłownie. Mój przyjaciel mnie zaprosił bo otwiera pijalnie czekolady i mam wziąć ze sobą osobę. Zrobisz mi ten zaszczyt i pójdziesz ze mną?

-Yhmm -odparłem bijąc się z myślami. Niby lepiej żeby się o tym dowiedział wcześniej, ale kolejna kłótnia nie zachęca mnie do szybkiego powiedzenia mu o tym. Poczułem dźgnięcie w bok. Spojrzałem z pytaniem w brązowe oczy. 

-Nie cieszysz się? Nie musimy iść...

-Nie, nie chodzi o to. Cieszę się, chętnie spędzę z tobą czas w miejscu gdzie jest pełno czekolady...a pod koniec roku oddam cząstkę duszy Evry'em -uff powiedziałem. Może końcówka była niewyraźna, ale najważniejsze, że powiedziałem mu prawdę. Przytuliłem się mocniej do pleców bruneta.

Chłopak milczał przez co jeszcze bardziej się przytuliłem. W końcu po paru minutach milczenia chłopak westchnął i spojrzał na mnie.

-Nie pozwolę na to. Alex choć raz pozwól mi zrobić zły krok. Mam już dziewiętnaście lat, to chyba wystarczający wiek by samemu decydować. Podjąłem już tą decyzję przy podpisaniu kontraktu i jej nie zmienię. To tylko część, kawałek duszy. On nic nie zmieni.

-Zmieni. Każdy demon to wie oraz mieszkańcy podziemia. A kontrakt podpisywałeś z myślą, że mnie zabijesz albo przeciągniesz na jasną stronę mocy -powiedziałem z ledwo wyczuwalnym smutkiem w głosie -I zamiast mówić o zrobieniu kroku w złą stronę to zrozum też, że mój instynkt jest inny od twojego i każe mi chronić rodzinę...

-Nie godzę się na to byś to ty oddał swoją dusze. Możesz się martwić, lecz ja w tej sprawie nie zmienię decyzji.

-Nie oddaję całej duszy. Te kontrakty są kończone śmiercią osoby oddającej duszę.  Plus ja ją odzyskam -wyjaśniłem opierając podbródek na jego ramieniu.

- Non enim pro cuius vita vitalis.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz